Wolta

Pani mama przestała z nami wspólnie spędzać czas. Święta. Weekend majowy. Wszystko sama. No, nie do końca sama. Zakochana. Znowu. Tak. Kobieta. Kolejna przygoda. Dla mnie już zupełnie obojętna. Dla dziecka nie. Tym razem wspólny wyjazd z Maniuszką. Wciąganie siedmioletniej dziewczynki w swoje przygodne znajomości dla mnie to karygodne zachowanie. Ile razy jeszcze?

Poniedziałek.

Telefon przed siódmą rano. „Mam silne bóle brzucha. Nie mogę się ruszyć. Przyjedź wcześniej. Ubierz Mańkę i kup mi po drodze lekarstwa.” Zbieram się w 15 minut. Po kolejnych jestem na miejscu. Ubieram panią mamę. Nie jest w stanie sama nic zrobić. Budzę i ubieram Maniuszkę. Jedziemy do szpitala na SOR. Izba przyjęć pełna ludzi. Jadę do szkoły i bardzo spóźniony docieram do pracy. Zmęczony. Może raczej wycieńczony całą tą sytuacją. Piszę kilka sms-ów pytając jak się czuje i czy już coś wiadomo. O piątej po badaniach i wizycie u lekarza ponad półgodzinna rozmowa. To było nerwowe. Stres. Praca. I tak przez przeszło półgodzinny jednostronny monolog, na który odpowiadam tylko monosylabami. Miło. Kończymy rozmowę.

Wtorek.

W środę mamy audycję klasową. Marianka gra pierwszy raz przed tak dużą publicznością. Nie idziemy na zajęcia sportowe. Pisze o ty, do pani mamy. Musimy się przygotować. Poćwiczyć. Deklaruje, że odwiozę Mariannę o zwykłej porze. I się zaczęło! Że niszczę dziecku życie. Nie dbam. Nie myślę, że może ona tego nie chce. Nie lubi. Powinienem więcej sportu. Ruchu itd. Odpowiadam, że Maniuszka to lubi. Lubi występować na scenie. Lubi grać. Czuje się w tym doskonale a poza tym jest świetna. Ma talent a sport jest stałym elementem jej życia. Staram się i dbam o to. Nie dotarło. Dalej atak. Ja się tłumaczę. Musiałem to przerwać. Odwożę Mariankę ok 20. Życzę Wam miłego wieczoru. Skończyłem pisanie.

Środa.

Przyjeżdżam po Maniuszkę. Brudne, długie paznokcie, nieumyta głowa i ciągłe ziewanie. Wkurzony nie odzywam się w ogóle. Wychodzimy. Pani mama rzuca nam w drzwiach: Nie wiem czy będę mogła dojechać na koncert. Milczę. W samochodzie pytam Maniuszkę co wczoraj wieczorem robiła? Przyjechała ciocia. Odpowiada. Trochę na nią czekałyśmy. Poszłyśmy później na spacer z pieskiem. Głęboki oddech. Słucham Marianko? Byłyście na spacerze? Tak późno? Tak tato. Z pieskiem cioci. Zobacz dostałam od niej karty. Po drodze spotkaliśmy takiego wielkiego psa. Popatrz. Dotąd mi sięgał. Uśmiecham się i mówię; To fajnie. Nie bałaś się takiego dużego psa? Nie. Co robiłaś po powrocie, miałaś czas się wykapać? Tak mama mnie szybko umyła a później grałam w grę. Późno poszłaś spać bo widzę, że jesteś zmęczona? Nie wiem. Normalnie. Znowu wszystko na mojej głowie.

Wychodzę wcześniej z pracy. Ze szkoły jedziemy do domu. Szoruję szczoteczką ręce. Obcinam paznokcie. Czeszę. Robię skomplikowaną (jak na mnie) fryzurę. Ubieram w elegancką sukienkę. Maniuszka w domu rozgrywa się przez kilka minut. Nie wiem czy pani mama będzie na koncercie więc nic nie mówię dziadkom choć bardzo chcieli iść na koncert. Jedziemy do szkoły. Idziemy do sali gdzie z Panią akompaniatorką Maniuszka przegrywa dwa razy utwór. Jest dobrze. Jest skupiona i zmotywowana. Nie widać w niej ani trochę strachu. Schodzimy na salę koncertową. Jest już pełna dzieci, rodziców, dziadków. Prawie pełna. Maniuszka zabiera ode mnie flet i biegnie do koleżanek. Rozmawiam z rodzicami. Ustalamy szczegóły. Wymieniamy uwagami. Widzę kątem oka jak Maniuszka stroi instrument na scenie. Podchodzę do niej. Całuję w czoło mówię kilka uspokajających słów.

Czas na występ. Dzieci siadają w pierwszych rzędach. Rodzice i zaproszenie goście w tyle. Maniuszka rozmawia z koleżankami, ale jednocześnie ogląda się do tyłu, omiata widownię wzrokiem, później patrzy na mnie i widzę jak jej buzia robi się smutna, coraz smutniejsza. Patrzymy sobie w oczy. Obydwoje wiemy bez słów o co chodzi. Pani po kolei zaczyna zapowiadać występujące dzieci. Pierwszy ksylofon. Zaczęło się. Kątem oka widzę jak pani mama wchodzi na salę. Przechodzi do tyłu i siada gdzieś daleko za mną. Mimo, ze jest kilka wolnych miejsc obok mnie nie podchodzi. Nie wita się. Nie rozmawia. Maniuszka ogląda występ. Nawet tego nie zauważa. Dopiero po kilku chwilach dostrzegła mamę. Od razu widać jak się cieszy. Mówi do koleżanek siedzących obok: Jest moja mama. Mama przyszła. Wielki uśmiech na buzi. Dzieci po kolei wchodzą na scenę. Teraz Pani zapowiada Maniuszkę. Wchodzi odważnie na scenę. Za nią Pani akompaniatorka. Obie ubrane na niebiesko. Kłaniają się. Zaczyna grać fortepian. Maniuszka stoi spokojnie kilka chwil wstępu. Omiata spojrzeniem salę. Widzę, że patrzy gdzieś za moje plecy. Później jej wzrok spoczywa na mnie. Uśmiecham się szeroko, żeby ją uspokoić. Przykłada flet do ust i zaczyna grać. Od początku do końca bezbłędnie. Melodyjnie, rytmicznie czysto. To był naprawdę dobry występ. Lepszy nawet niż na konkursie. Widzę jak nauczycielka Marianki na koniec szeroko się uśmiecha. Wielkie brawa. Ukłony.  Maniuszka radośnie zbiega ze sceny. Siada w pierwszym rzędzie. Po chwili pyta swojej nauczycielki czy może iść do mamy. Biegnie do tyłu. Nie oglądam się. Nie widzę co się dzieje. Gra jeszcze kilkoro dzieci. Słucham, klaszczę. Po chwili podchodzi do mnie Maniuszka, kładzie flet na moich kolanach i mówi, ze mama musiała już iść do pracy. Bardzo się śpieszyła. Pytam czy coś mówiła o Twojej grze? Tak. Powiedziała, że bardzo ładnie grałam. I wyszła.

Po koncercie. Dzieci dostają dyplomy i pamiątkowe torby. Wręczamy kwiaty wychowawczyni. W kilka osób idziemy na lody. Dzieci grają w piłkarzyki, później biegną na plac zabaw. Wracamy do domu przed 20. Zmęczeni, wycieńczeni i brudni. Maniuszka całą buzię ma w lodach. Lody są we włosach i na sukience. Białe rajstopki brudne. Siadamy do kolacji. Rozmawiamy. Z Marianki opadły emocje. Jest smutna. Siedzi na stole i z apetytem je mówiąc do mnie o wszystkim i niczym. Okruszki sypią się w koło. Widzę jej zmęczone oczy. Zawieszona pomiędzy nami pustka. Brak. Czujemy obydwoje to samo. Nawet nie musimy o tym mówić. Kąpiel. Łóżka. Przytulam Mariankę. Teraz to Ona czyta mi na głos bajkę. Królowa śniegu. Po kilku chwilach wyłącza czytnik. Zwija w precelek i wtulona we mnie plecami z moją ręką na policzku zasypia. Wyłączam światło. Wychodzę zmęczony. To jeszcze nie koniec dnia.  Muszę pozmywać po kolacji. Wypakować tornister i przygotować rzeczy na jutro.

Mama to chyba na wyrost, myślę. Jaka to mama? Nie cieszy się z sukcesów dziecka. Nie pochwali. Wpadnie na chwilę rzuci kilka zdawkowych słówek i zniknie. Do pracy się spieszy. Może. Może lecz nie koniecznie. W końcu jest jeszcze trening. Boks. Dziecko gdzieś w tle. Marianka zagrała najlepiej ze wszystkich dzieci w klasie. Pewnie. Bezbłędnie. Muzykalnie. Była z siebie dumna i szczęśliwa. Czekała na pochwałę. Docenienie jej pracy i wysiłków. Dostaje to ode mnie ale to wszystko mało. Czeka na prawdziwe słowa pochwały od mamy. Nie dostaje nic więcej niż kilka frazesów bez emocji. I tak dobrze, że przyszła. Na koncerty i bale w przedszkolu muzycznym przez cztery lata nie przychodziła nigdy. W przedszkolu też pojawiała się od przypadku do przypadku. Przypominam sobie maleńka trzyletnią Mariankę tańczącą na scenie. Śpiewającą w grupie: Ta Dorotka, ta Dorotka…. wypatrującą na widowni mamy. Ocieram twarz mokrą ręką. Łzy spadają na szorowane właśnie talerze. To łzy wzruszenia nie smutku. Jak można chcieć, jak można odbierać sobie tak piękne wspomnienia z życia dziecka. Nie rozumiem tego. Marianka każdego dnia, w każdej chwili jest inna. Niepowtarzalna. To wszystko umyka. Znika kiedy już się wydarzy. Nie chcę tego tracić. Chcę pamiętać każdą wspólną chwile. Każdy jej uśmiech, Łzę. Wzruszenie. Jej pierwsze słowa. Pierwsze kroki. Wszystko staram się zapamiętać bo nigdy się nie powtórzy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>